Na początku listopada zawsze mam uczucie, że czas się zacisnął. Wczoraj jeszcze słońce było nisko na niebie, a dzisiaj wieczór zapada się na kilka minut wcześniej. Światło biate na ulicach zmienia się w przytulny blask lamp i zaciąga wszystkie domy w cieniste kościoły. Kiedy zaczynasz zauważać, że trzecie przesłanie w serwisie o zmianach klimatycznych kończy się w 20.30, a ty jeszcze nie wysłałeś emaila, znaczy, że jestem jednym z tych ludzi, którzy wcale nie uciekają od ciemności, tylko jej szukają dłużej.
Nie jestem lekarzem ani psychologiem, ale znam ludzi o takim rytmie. To oni wydają się najchłodniejsi o godzinie piątej rano, ale ich ciało dopiero przyjmuje ciepło po godzinie piątej wieczorem. Ich umysł nie śpi – tylko czai się. A kiedy ktoś mówi: „Zrób sobie kilka minutowych przerw w dzień”, myślę: „Czy to możliwe?” Przerwa może trwać pół minuty – a nie chwila bez kontroli, tylko chwila wewnętrznej regeneracji.
Dziecko zawsze sypia dłużej niż rodzic. Ale co jeśli rosnące dziecko musi się przebudzać do szkoły o sześć? A ty? Co kiedy przestrzeń dla twojego ciała zmniejsza się do rozpiętnicy kocu i półek pod łóżkiem? Dzień kończy się po drugim filmie o ekosystemach morskich, a światło w pokoju już wygasło. I nagle – słyszę tę melodię od dzieciństwa: „Przejdźmy na chwilę do łóżka”. Nie dlatego że chcę spać – tylko dlatego że czuję potrzebę uśmierzenia tego stresu, który nie ma nazwy.
Szukanie miejsca bez drgnienia
Koleżanka powiedziała mi przed tygodniem: „Nie potrafię spać i myśleć zarazem”. To brzmi absurdalnie – jakby żądanie było złe – ale naprawdę to pytanie istnieje: czy możliwe jest snuć myśli bez obaw i jednocześnie nie spać? Czy sen to tylko przewidziany moment bez świadomości? Może warto go wywoływać świadomie? Nie musisz mieć problemów ze snem, by zauważyć, że ciężko zapalić światła i zaraz je zgasić.
Wiele technik wspomaga przewidywanie snu poprzez głębokie oddechy albo powtarzane frazy. Ale to rzeczy dla osób posiadających kalendarz. A ja tylko chcę znaleźć te momenty rzeczywistości między „mam już czas” a „nie mam czasu”. Nie muszę tego mieć codziennie. Wystarczy raz w tygodniu: siedzieć przy oknie bez planu, nie patrząc na telefon, słysząc tylko szum podmuchu powietrza przez szparę w oknie. Tam właśnie znajduję coś takiego jak cichość – nie pełną ciszy, ale prawdziwą tęczową cicheść.
Stacja na brzegu liniówki
Po roku spędzonym na szukaniu równowagi między dniem a nocą zaczynam od razu widzieć przypływ ciemności jako coś innego niż utratę czasu. Przecież ciemność nie jest brakiem – to stan gotowości. Tak samo jak ta kawiarnia nad rzeką z czarnymi ścianami i małą pustą fotelką przy oknie – nie czeka ani na napisanie listu, ani na spotkanie z kimkolwiek. Czekam tu wyłącznie po to, by nie patrzeć więcej do środka siebie.